o puchu marnym
czwartek, 09 stycznia 2014

Albo też na czym skończyć. Tak długi okres ciszy na blogu, mogło spowodować tylko jedno. Jeżeli komuś z odwiedzających przyszła na myśl ciąża... to owszem.. zgadza się. 2013 rok był dla nas rokiem przełomowym i bardzo, ale to bardzo szczęśliwym. Od lipca wprawiam się w zupełnie dla mnie nową rolę matki. Po przeszło 8 latach upadków i rzadko kiedy wzlotów...zostaliśmy szczęśliwymi rodzicami syna...SYNA! Ja i syn, przez długi czas myślałam, że już nigdy nie będzie mi to dane. Jednak życie potrafi zaskakiwać mnie w dalszym ciągu... i o dziwo jak pozytywnie:) Całkiem nowy rozdział przede mną się pisze. Całkiem nowe priorytety, całkiem nowe standardy, całkiem nowa ja:)

Czas odkurzyć bloga i przelać trochę swojego życia tutaj. Na razie nie wiem od czego zacząć i co nadrobić. Ale... jestem, wróciła córka marnotrawna;) I na razie zostanę.

poniedziałek, 29 października 2012

Wczoraj przywitał mnie ledwie otworzyłam oczy. Gdziekolwiek nie podążyłyby, napotykały biel. Ani śladu żywego ducha, ani śladu zmąconej ludzką stopą wydeptanej ścieżki. Dziewicza biel. A jak śnieg to wiadomo od razu, że święta. W tym roku widok pierwszego śniegu nie pokrzepił mego serca, wręcz przeciwnie. Znowu rok chyli się ku końcowi. Znowu grudzień zastanie nas dokładnie tam, gdzie zostawił nas rok wcześniej i jeszcze wcześniej, i jeszcze wcześniej. Może to i dobrze. Na pewno lepiej jakby miała przyjść nowa gorsza bieda. Nie dam się więc zwariować tym opadom, ani przygasić. Będę lepić bałwana i rzucać kulkami w Pięknego. I nikt, a już na pewno nie sama ja, nie zepsuje sobie tej zimy!

środa, 12 września 2012

Wszystko kręci się swoim rytmem, swoją koleją i swoją drogą. Jestem, żyję, funkcjonuję. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Czas płynie niepostrzeżenie do chwili kiedy to całkiem przypadkiem nie przystaniemy, nie zadumamy się i nie zdamy sobie sprawy jak wiele czasu to już minęło i ile to już ma się złotych jesieni za sobą. Całkiem niebawem będą miały miejsce moje urodziny, jakoś niespecjalnie mam ochotę wyprawiać je, więc myślę, że podaruje sobie tą przyjemność. Praca, dom, uczelnia, rodzina, znajomi... wokół tego się kręcę ja i to też kręci się wokół mnie. Na froncie bez zmian.

środa, 18 stycznia 2012

Ale zaległości. Minęły święta, nastał Nowy Rok, a ostatni wpis z listopada. Widać jaki zapał, wigor i zacięcie panuje u mnie. Małymi kroczkami jednak, zmierzamy ku lepszemu (miejmy nadzieję). Od jakiegoś... miesiąca, chodzę w miarę regularnie na basen. Po powtarzających się tydzień za tygodniem bólem w okolicy krzyża i tych przeklętych korzonków, w końcu doszłam do wniosku, że za słowami powinny iść też i czyny i wybrałam się na basen. Bóle jakoś się uspokoiły, chociaż do stanu rewelacyjnego jeszcze wiele brakuje, przede wszystkim zapewne więcej aktywności fizycznej z mojej strony:). Odwiedziliśmy nawet saunę. W mokrej saunie czułam się rewelacyjnie i błogo- jako, że zmarzluch bywam czasami nie z tej ziemi, takie warunki odpowiadają mi bardzo. W saunie suchej natomiast, myślałam że spalę się na popiół i nie pozostanie ze mnie ani krztyna wilgoci. Nozdrza płonęły, usta płonęły.. gorąca babka ze mnie była. Grunt że minimum dobrej woli i aktywności została wykazane przeze mnie. Wykupiłam nawet karnet i nie zawaham się użyć go w całości. Szwagrostwo namówiło nas nawet pewnego weeka na wypad na stok. Poza tym, że miałam źle dobraną deskę, że mój pierwszy zjazd trwał blisko godzinę, że więcej tego zjazdu spędziłam na 4 literach i mizernych próbach powstania i chociażby stwarzania pozorów, że potrafię utrzymać się na tej desce przez 10 sekund i na sam koniec... poza tym, że przez 3 następne dni byłam jednym wielkim chodzącym nieszczęściem skrzywiającym się przy każdym minimalnym ruchu- to było SUPER. Koniecznie musimy to powtórzyć jeszcze w najbliższym czasie. Piękny od zeszłego tygodnia wyjechał w delegację, standardowo będzie zjeżdżał na weeki (miejmy wiarę), a ja w najlepsze zaczynam wchodzić w panującą nam sesję. Już pierwsze zaliczenia za mną... zapowiada się... ciekawie, ale bądźmy dobrej myśli. Stoki wszak na mnie czekają:))

czwartek, 17 listopada 2011

Są takie zapachy, które przywołują wspomnienia. Właśnie takim charakterystycznym dla mnie zapachem jest obierana mandarynka/pomarańcza. Zawsze, niezmiennie od pory roku czy dnia/nocy, przywołuje mi klimat świąt Bożego Narodzenia. Kiedyś, kiedyś dawno, dawno temu jadło się je właśnie tylko przy specjalnych okazjach, takich jak te święta. Jest to zapach mojego dzieciństwa, jeden z wielu, ale czym skorupka nasiąknie za młodu, tym na starość trąci. I mimo, że mamy dopiero listopad, mimo że w sklepach i mediach już trąbią na całego i marketing prężnie działa... nic tak na mnie nie działa jak właśnie to. Brakuje mi jeszcze śniegu, czapki puchowej, rękawiczek, kozaków do kolan... i znowu przyjdzie ten czas refleksji, przemyśleń, wspomnień, postanowień itp, itd. Tylko miesiąc, albo względnie patrząc dopiero za miesiąc, ale już czuję to w powietrzu. Za szybko!

piątek, 28 października 2011

Znowu jak co roku, przyjdzie nam spotkać się przy grobie. Rodzice jutro wyjeżdżają na grób dziadków (od strony mamy). Jeszcze 5 lat temu jeździłam i ja tam. Od tego czasu pojawiamy się przy grobie Natalii, rodzice zaś co drugi rok. W tym roku wypada im być przy grobie Natalii. Pojechałabym z nimi w ten week poprzedzający, ale zjazd mam (zresztą jak w każdy week aż do sesji), na którym muszę być więc odpada. Za to z samego rana w Dzień Wszystkich Świętych pojedziemy do dziadów od strony taty i tam pozapalamy znicze, zmówimy modlitwy i przy okazji zapewne odwiedzimy wujka z ciocią. Jak będą moje kuzynki to być może... po niespełna 7 latach małżeństwa mój mąż w końcu pozna jakby nie było część mojej najbliższej rodziny. Przy grobie Natalii pojawiły się ostatnio dwa małe nagrobki. Chłopcy, którym było dane żyć zaledwie parę dni-miesięcy. A przez dłuższy czas nie było żadnych.. szkoda, że ten cmentarz tak szybko zaczął się zapełniać, a szczególnie ta alejka w której leży Natalia...

środa, 12 października 2011

Pierwszy raz przeczytałam o femdom na forum krawieckim. Było to jeszcze tak niefortunnie napisane, coś o depilacji całego ciała i usługiwaniu. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, "ki czort?". Jeszcze większe było moje zaskoczenie, bo użytkownik który to napisał był stałym bywalcem, lubianym, podziwianym za talent przede wszystkim szycia- po prostu odpowiedni człowiek na odpowiednim forum. I nagle taki grzmot. Ani odpowiedni moment, ani tym bardziej odpowiednie miejsce na takie pisanie. Oczywiście w mojej subiektywnej opinii. Niezdrowa ciekawość pobudzona ta depilacją całego ciała, przeniosła mnie do wujka google aby dowiedzieć się coś więcej na ten temat. Niektórych rzeczy człowiek nie powinien wiedzieć, ani widzieć. Teraz jego "Pani", o której często wspomina (chociażby szyjąc coś dla niej i wiadomości czy się jej to spodobało czy też nie), nabrało dla mnie całkowicie innego znaczenia. Inaczej go odbieram, odczytuję i mam inne wyobrażenie jego osoby. A w ogóle powinnam? Bynajmniej. Nie mój interes, co kto robi za progiem swojego domu, a nawet przed progiem. Rozumiem, że są osoby które czerpią przyjemność z opowiadań o swoich przeżyciach, doświadczeniach i innych takich. Ani im nie bronię tego, ani nie popieram. Mają swój pomysł na życie i tego się trzymają. Jeżeli im tak dobrze- to nie moja sprawa. Ja mam inny pomysł na życie.

czwartek, 29 września 2011

Uwaga: marudzę!

Znowu... no znowu. Matko i córko! W poniedziałek jak tylko wstałam (chociaż wstałam to za wiele napisane, bliższe prawdzie byłoby napisanie że zwlokłam się jakoś) z łóżka wiedziałam, że lekko nie będzie. Na początku łudziłam się, że to mięśnie bolą po dniu poprzednim, kiedy to spędziłam przy maszynie prawie całe popołudnie. Ale skąd... łudziłam się tylko. W drodze powrotnej do domu już wiedziałam, że to znowu moje krzyże/kręgosłup czy inna dolegliwość niezdiagnozowana, ale uprzykrzająca mi życie od jakiegoś już czasu. Jeszcze nie wyszłam na prostą po ostatnim ataku (ciągle słyszę: "chodzisz jak kaczka", "wyprostowałabyś się", "a co Panie taka zgięta i połamana?"), a tu nowy mnie zaskoczył. Oczywiście jak to bywa, a najmniej oczekiwanym momencie, chociaż przyznaję, że jakby dorwało mnie to tydzień wcześniej kiedy jeszcze to walczyłam z sesją, to dopiero byłby najmniej odpowiedni moment, więc może nie powinnam tak marudzić. W każdym bądź razie... nie jest tak źle jak poprzednim razem, do pracy jeżdżę, smaruję się różnymi maściami, z plastrem na plecach daję radę. To nie to samo co ostatnio, kiedy to ruszyć nogą nie mogłam, ale nie zmienia faktu że boli, że męczy, że osłabia i przy okazji sprawia iż jestem zdenerwowana. Aby do niedzieli, aby uporać się z tymi przygotowaniami do imprezy, przeżyć sama imprezę, zjazd na Uczelni, sprzątanie.. itd, itp. A później rzucić się w pościel i przespać resztę czasu aż do końca świata!

poniedziałek, 26 września 2011

Aż samej trudno mi uwierzyć, ale pozdawałam wszystko co miałam do pozdawania. Przyznaję się sama przed sobą nawet, że mogłam zrobić to szybciej, lepiej i bez tych niepotrzebnych nerwów, ale jakieś takie zrezygnowanie mnie dopadło, niechęć i w ogóle wszystko na "nie", ze cud iż zdałam to bez poprawek i niepotrzebnych innych przejść. Nawet za bardzo nie czuję radości z zakończonej sesji, a tu kolejny semestr się zaczyna w najlepsze. Jeszcze do piątku muszę pogonić za 2 babkami, od których jeszcze nie mam wpisu w kartę i oddać uzupełnioną do dziekanatu i będę miała z głowy (tzn. obawiam się, iż jeszcze na jednej karcie mieli mi się niektórzy podpisywać, ale mam nadzieję, że to tylko nieuzasadniona obawa). No i zaczynamy nowy tydzień a z nim pęd przygotowań, głównie do odprawiania moich urodzin. A tak chciałam w tym roku obejść się bez ich odprawiania, ale nie dało się. Sami zaczęli się upominać i obdarowywać mnie, więc chcąc nie chcąc przyjdzie mi rozdwoić się w week (jedna z moich wersji będzie na urodzinach, druga na Uczelni). Tydzień będzie za krótki, stanowczo za krótki.

piątek, 23 września 2011

Dostałam już akonto urodzin od moich rodziców firankę, sztuk jeden. Ponoć dostanę jeszcze i drugą. Firanka jest fajna, spodobała mi się okrutnie. Wczoraj wzięłam się za nią. Efekt moich wypocin wisi już w oknie i trzeba przyznać, że okno to prezentuje się na pewno lepiej niż do tej pory. Przy okazji ściągnęłam  zasłony (niebawem minie rok jak mieszkamy na nowym miejscu, a zasłon jeszcze nie przeprawiłam-do dnia wczorajszego). W końcu zmobilizowałam się przy nowym nabytku i ścięłam zasłony jak się należy (mam nadzieję). Przy prasowaniu zeszło mi dużo więcej czasu niż przewidywałam i nim się obejrzałam zrobiła się godzina 23, więc na skrojeniu tylko się skończyło i dzisiaj trzeba będzie zszyć. Dzisiaj też przyjeżdża Piękny, po dwutygodniowej banicji. Jak na złość już od tego weeka mam wykłady (znowu tydzień w tydzień), więc nie nadrobimy tych dwóch tygodni w weeka. W sobotę mam wyniki z dwóch egzaminów (oj ciężko to widzę, ciężko... obawiam się najgorszego), a w niedzielę piszę jeszcze jeden. Żeby jeszcze tego mało było, to dostałam od mamy jej dwie firanki, które mam pociąć, podszyć i zszyć z taśmą- i to najlepiej żebym wyrobiła się szybko- bo chce je na urodziny zawiesić. No i oczywiście na koniec tej kumulacji szczęścia- urodziny. Od środy trzeba będzie piec, gotować, szykować, robić zakupy i jeszcze w międzyczasie znaleźć czas aby posprzątać u rodziców pokoje. Jak dobrze, że niespełna 3-4 tygodnie temu wyprawiłam się tam jakoś i pomyłam okna jak i firanki. Chociaż tyle mniej. W ferworze szycia zniszczyłam stopkę do szycia overlokowego. Więc przynajmniej tutaj mam pretekst i wytłumaczenie w pełni zrozumiałe, że koszulki się nie uszyły dla Pięknego... bo złośliwość rzeczy martwych zrobiła swoje. Na moją zgubę od razu je zamówiłam (2 sztuki w razie awarii żeby było, czego jak czego ale tej stopki bardzo często używam), więc ten pretekst nie posłuży mi długo i znowu zastąpię go lenistwem. Aby do następnej niedzieli... w niedzielę wieczorem powinno już być w miarę spokojnie:)! Mam nadzieję.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31