|
o puchu marnym
środa, 18 stycznia 2012
Ale zaległości. Minęły święta, nastał Nowy Rok, a ostatni wpis z listopada. Widać jaki zapał, wigor i zacięcie panuje u mnie. Małymi kroczkami jednak, zmierzamy ku lepszemu (miejmy nadzieję). Od jakiegoś... miesiąca, chodzę w miarę regularnie na basen. Po powtarzających się tydzień za tygodniem bólem w okolicy krzyża i tych przeklętych korzonków, w końcu doszłam do wniosku, że za słowami powinny iść też i czyny i wybrałam się na basen. Bóle jakoś się uspokoiły, chociaż do stanu rewelacyjnego jeszcze wiele brakuje, przede wszystkim zapewne więcej aktywności fizycznej z mojej strony:). Odwiedziliśmy nawet saunę. W mokrej saunie czułam się rewelacyjnie i błogo- jako, że zmarzluch bywam czasami nie z tej ziemi, takie warunki odpowiadają mi bardzo. W saunie suchej natomiast, myślałam że spalę się na popiół i nie pozostanie ze mnie ani krztyna wilgoci. Nozdrza płonęły, usta płonęły.. gorąca babka ze mnie była. Grunt że minimum dobrej woli i aktywności została wykazane przeze mnie. Wykupiłam nawet karnet i nie zawaham się użyć go w całości. Szwagrostwo namówiło nas nawet pewnego weeka na wypad na stok. Poza tym, że miałam źle dobraną deskę, że mój pierwszy zjazd trwał blisko godzinę, że więcej tego zjazdu spędziłam na 4 literach i mizernych próbach powstania i chociażby stwarzania pozorów, że potrafię utrzymać się na tej desce przez 10 sekund i na sam koniec... poza tym, że przez 3 następne dni byłam jednym wielkim chodzącym nieszczęściem skrzywiającym się przy każdym minimalnym ruchu- to było SUPER. Koniecznie musimy to powtórzyć jeszcze w najbliższym czasie. Piękny od zeszłego tygodnia wyjechał w delegację, standardowo będzie zjeżdżał na weeki (miejmy wiarę), a ja w najlepsze zaczynam wchodzić w panującą nam sesję. Już pierwsze zaliczenia za mną... zapowiada się... ciekawie, ale bądźmy dobrej myśli. Stoki wszak na mnie czekają:))
czwartek, 17 listopada 2011
Są takie zapachy, które przywołują wspomnienia. Właśnie takim charakterystycznym dla mnie zapachem jest obierana mandarynka/pomarańcza. Zawsze, niezmiennie od pory roku czy dnia/nocy, przywołuje mi klimat świąt Bożego Narodzenia. Kiedyś, kiedyś dawno, dawno temu jadło się je właśnie tylko przy specjalnych okazjach, takich jak te święta. Jest to zapach mojego dzieciństwa, jeden z wielu, ale czym skorupka nasiąknie za młodu, tym na starość trąci. I mimo, że mamy dopiero listopad, mimo że w sklepach i mediach już trąbią na całego i marketing prężnie działa... nic tak na mnie nie działa jak właśnie to. Brakuje mi jeszcze śniegu, czapki puchowej, rękawiczek, kozaków do kolan... i znowu przyjdzie ten czas refleksji, przemyśleń, wspomnień, postanowień itp, itd. Tylko miesiąc, albo względnie patrząc dopiero za miesiąc, ale już czuję to w powietrzu. Za szybko!
piątek, 28 października 2011
Znowu jak co roku, przyjdzie nam spotkać się przy grobie. Rodzice jutro wyjeżdżają na grób dziadków (od strony mamy). Jeszcze 5 lat temu jeździłam i ja tam. Od tego czasu pojawiamy się przy grobie Natalii, rodzice zaś co drugi rok. W tym roku wypada im być przy grobie Natalii. Pojechałabym z nimi w ten week poprzedzający, ale zjazd mam (zresztą jak w każdy week aż do sesji), na którym muszę być więc odpada. Za to z samego rana w Dzień Wszystkich Świętych pojedziemy do dziadów od strony taty i tam pozapalamy znicze, zmówimy modlitwy i przy okazji zapewne odwiedzimy wujka z ciocią. Jak będą moje kuzynki to być może... po niespełna 7 latach małżeństwa mój mąż w końcu pozna jakby nie było część mojej najbliższej rodziny. Przy grobie Natalii pojawiły się ostatnio dwa małe nagrobki. Chłopcy, którym było dane żyć zaledwie parę dni-miesięcy. A przez dłuższy czas nie było żadnych.. szkoda, że ten cmentarz tak szybko zaczął się zapełniać, a szczególnie ta alejka w której leży Natalia...
środa, 12 października 2011
Pierwszy raz przeczytałam o femdom na forum krawieckim. Było to jeszcze tak niefortunnie napisane, coś o depilacji całego ciała i usługiwaniu. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, "ki czort?". Jeszcze większe było moje zaskoczenie, bo użytkownik który to napisał był stałym bywalcem, lubianym, podziwianym za talent przede wszystkim szycia- po prostu odpowiedni człowiek na odpowiednim forum. I nagle taki grzmot. Ani odpowiedni moment, ani tym bardziej odpowiednie miejsce na takie pisanie. Oczywiście w mojej subiektywnej opinii. Niezdrowa ciekawość pobudzona ta depilacją całego ciała, przeniosła mnie do wujka google aby dowiedzieć się coś więcej na ten temat. Niektórych rzeczy człowiek nie powinien wiedzieć, ani widzieć. Teraz jego "Pani", o której często wspomina (chociażby szyjąc coś dla niej i wiadomości czy się jej to spodobało czy też nie), nabrało dla mnie całkowicie innego znaczenia. Inaczej go odbieram, odczytuję i mam inne wyobrażenie jego osoby. A w ogóle powinnam? Bynajmniej. Nie mój interes, co kto robi za progiem swojego domu, a nawet przed progiem. Rozumiem, że są osoby które czerpią przyjemność z opowiadań o swoich przeżyciach, doświadczeniach i innych takich. Ani im nie bronię tego, ani nie popieram. Mają swój pomysł na życie i tego się trzymają. Jeżeli im tak dobrze- to nie moja sprawa. Ja mam inny pomysł na życie.
czwartek, 29 września 2011
Uwaga: marudzę! Znowu... no znowu. Matko i córko! W poniedziałek jak tylko wstałam (chociaż wstałam to za wiele napisane, bliższe prawdzie byłoby napisanie że zwlokłam się jakoś) z łóżka wiedziałam, że lekko nie będzie. Na początku łudziłam się, że to mięśnie bolą po dniu poprzednim, kiedy to spędziłam przy maszynie prawie całe popołudnie. Ale skąd... łudziłam się tylko. W drodze powrotnej do domu już wiedziałam, że to znowu moje krzyże/kręgosłup czy inna dolegliwość niezdiagnozowana, ale uprzykrzająca mi życie od jakiegoś już czasu. Jeszcze nie wyszłam na prostą po ostatnim ataku (ciągle słyszę: "chodzisz jak kaczka", "wyprostowałabyś się", "a co Panie taka zgięta i połamana?"), a tu nowy mnie zaskoczył. Oczywiście jak to bywa, a najmniej oczekiwanym momencie, chociaż przyznaję, że jakby dorwało mnie to tydzień wcześniej kiedy jeszcze to walczyłam z sesją, to dopiero byłby najmniej odpowiedni moment, więc może nie powinnam tak marudzić. W każdym bądź razie... nie jest tak źle jak poprzednim razem, do pracy jeżdżę, smaruję się różnymi maściami, z plastrem na plecach daję radę. To nie to samo co ostatnio, kiedy to ruszyć nogą nie mogłam, ale nie zmienia faktu że boli, że męczy, że osłabia i przy okazji sprawia iż jestem zdenerwowana. Aby do niedzieli, aby uporać się z tymi przygotowaniami do imprezy, przeżyć sama imprezę, zjazd na Uczelni, sprzątanie.. itd, itp. A później rzucić się w pościel i przespać resztę czasu aż do końca świata!
poniedziałek, 26 września 2011
Aż samej trudno mi uwierzyć, ale pozdawałam wszystko co miałam do pozdawania. Przyznaję się sama przed sobą nawet, że mogłam zrobić to szybciej, lepiej i bez tych niepotrzebnych nerwów, ale jakieś takie zrezygnowanie mnie dopadło, niechęć i w ogóle wszystko na "nie", ze cud iż zdałam to bez poprawek i niepotrzebnych innych przejść. Nawet za bardzo nie czuję radości z zakończonej sesji, a tu kolejny semestr się zaczyna w najlepsze. Jeszcze do piątku muszę pogonić za 2 babkami, od których jeszcze nie mam wpisu w kartę i oddać uzupełnioną do dziekanatu i będę miała z głowy (tzn. obawiam się, iż jeszcze na jednej karcie mieli mi się niektórzy podpisywać, ale mam nadzieję, że to tylko nieuzasadniona obawa). No i zaczynamy nowy tydzień a z nim pęd przygotowań, głównie do odprawiania moich urodzin. A tak chciałam w tym roku obejść się bez ich odprawiania, ale nie dało się. Sami zaczęli się upominać i obdarowywać mnie, więc chcąc nie chcąc przyjdzie mi rozdwoić się w week (jedna z moich wersji będzie na urodzinach, druga na Uczelni). Tydzień będzie za krótki, stanowczo za krótki.
piątek, 23 września 2011
Dostałam już akonto urodzin od moich rodziców firankę, sztuk jeden. Ponoć dostanę jeszcze i drugą. Firanka jest fajna, spodobała mi się okrutnie. Wczoraj wzięłam się za nią. Efekt moich wypocin wisi już w oknie i trzeba przyznać, że okno to prezentuje się na pewno lepiej niż do tej pory. Przy okazji ściągnęłam zasłony (niebawem minie rok jak mieszkamy na nowym miejscu, a zasłon jeszcze nie przeprawiłam-do dnia wczorajszego). W końcu zmobilizowałam się przy nowym nabytku i ścięłam zasłony jak się należy (mam nadzieję). Przy prasowaniu zeszło mi dużo więcej czasu niż przewidywałam i nim się obejrzałam zrobiła się godzina 23, więc na skrojeniu tylko się skończyło i dzisiaj trzeba będzie zszyć. Dzisiaj też przyjeżdża Piękny, po dwutygodniowej banicji. Jak na złość już od tego weeka mam wykłady (znowu tydzień w tydzień), więc nie nadrobimy tych dwóch tygodni w weeka. W sobotę mam wyniki z dwóch egzaminów (oj ciężko to widzę, ciężko... obawiam się najgorszego), a w niedzielę piszę jeszcze jeden. Żeby jeszcze tego mało było, to dostałam od mamy jej dwie firanki, które mam pociąć, podszyć i zszyć z taśmą- i to najlepiej żebym wyrobiła się szybko- bo chce je na urodziny zawiesić. No i oczywiście na koniec tej kumulacji szczęścia- urodziny. Od środy trzeba będzie piec, gotować, szykować, robić zakupy i jeszcze w międzyczasie znaleźć czas aby posprzątać u rodziców pokoje. Jak dobrze, że niespełna 3-4 tygodnie temu wyprawiłam się tam jakoś i pomyłam okna jak i firanki. Chociaż tyle mniej. W ferworze szycia zniszczyłam stopkę do szycia overlokowego. Więc przynajmniej tutaj mam pretekst i wytłumaczenie w pełni zrozumiałe, że koszulki się nie uszyły dla Pięknego... bo złośliwość rzeczy martwych zrobiła swoje. Na moją zgubę od razu je zamówiłam (2 sztuki w razie awarii żeby było, czego jak czego ale tej stopki bardzo często używam), więc ten pretekst nie posłuży mi długo i znowu zastąpię go lenistwem. Aby do następnej niedzieli... w niedzielę wieczorem powinno już być w miarę spokojnie:)! Mam nadzieję.
wtorek, 13 września 2011
Mężulo mi wyjechało. Nie bało się i pojechało sobie, żegnając buziakiem i nawet nie dając pewności czy na week zjedzie do doma. I teraz obie słomiane wdowy ze szwagierką za ścianą mężów swoich widzimy (ja nawet nie widzę, tylko czytam mojego męża) na ekranie laptopów. Na razie to tylko jeden dzień bez niego, ale tak jakoś głupio. Nocka minęła mi na przewracaniu się z boku na bok z przerwami na jakieś drzemki. Ewidentnie brakowało mi u mojego boku obecności i to namacalnej Pięknego. Niby mam zajęcie, niby muszę się uczyć na egzaminy, niby maszynę mam rozłożoną i w planach zszycie paru kawałków tkanin, teraz jest ku temu najlepsza okazji. Niby. Jednak zdecydowanie lepiej jest jak Pięknego mam na miejscu, pod ręką, nawet marudzącego:) Niech będzie już marudzący... aby tylko był. Rodzice już pytają kiedy do nich przyjadę. Wstępnie powiedziałam, że jutro po pracy. Może na week zostanę, chyba że Piękny jednak pokusi się o przyjechanie na weeka.. to wybór jest oczywisty:)))
środa, 31 sierpnia 2011
Od najbliższego piątku do 21 września będę się pocić na egzaminach. Nie muszę chyba pisać, że nie chce mi się uczyć. Rozleniwiłam się okrutnie-co w moim przypadku było do przewidzenia. Dzisiaj mamy środę, a ja jeszcze nic nie tknęłam na piątek. Na pierwszy ogień idzie matematyka. Poza tym wrzesień. Znowu przybędzie mi lat. Nie mam chęci za bardzo obchodzić urodzin, szczególnie, że odbyłyby się według ustalonego wcześniej planu u moich rodziców. Już poprzedni week wykończył mnie do granic możliwości, w którym to musiałam posprzątać nasze pokoje, bo brat z bratową się zapowiedzieli i przyjechali. Było mycie okien, pranie firanek i w ogóle generalne sprzątanie. O mało co nie skończyłoby się to złamaniem jakiejś kończyny górnej, czy też dolnej przy zawieszaniu firanek. Na szczęście tym razem krzesło wyszło z tego zdarzenia cało. Poprzednie moje starcie z krzesłem skończyło się w moim przypadku siniakami, w przypadku krzesła- złamaniem, które nie dało się już nastawić. Tak oto wolnym, bo wolnym ale jednak sposobem- doprowadzę do wymiany mebli na nowsze modele:) Grunt to mieć sposób.
wtorek, 23 sierpnia 2011
W ubiegłą niedzielę, jak tytuł notki sam wskazuje, wzięliśmy udział w grze. Z głupia frant na pytanie szwagierki: "pojedziecie z nami na paintball bo mamy karnet do 10 osób" odpowiedziałam wyrywając się nawet przed Pięknego: "jasne". Później było już tylko gorzej. Gdy potwierdzony był termin spotkania i umówieni ludzie, pozostało nam jedynie się ubrać, spakować i udać na wskazane miejsce. W oczekiwaniu na innych minął mi czas na zastanawianiu się pod tytułem: "co ja do licha ciężkiego tu robię?". Przebieranie w moro, maski, pistolet w dłoń i na teren walki. Zaczęło się... niefortunnie, podejrzewam że już w pierwszej minucie walki zostałam wyeliminowana z gry. Nawet nie zdążyłam rzucić okiem na cały teren jak trzeba było z ręką podniesioną oddalić się. I tak przez jakiś 4-5 scenariuszy. Do czasu jak przypadło nam bronić flagi. Grupa chcąc nie chcąc musiała się zjednoczyć (jakieś 3 osoby całkiem mi nieznajome zostały dołączone do naszej brygady) i nastąpiła pełna mobilizacja. Lepiej późno, niż później. I nastąpił zwrot o 180 stopni. Spodobało się. Pełne poświęcenie, na kolanach, tarzanie się po ziemi i bieganie. Czy chce to powtórzyć kiedyś? To będzie uzależnione od tego ile czasu jeszcze potrzebują moje kolana żeby dojść do stanu pełnej sprawności. Po paintballu pojechaliśmy na basen (ładnych parę lat nie byłam na takim basenie publicznym). Przepłynęłam kilka ładnych długości, później oczywiście na pytanie szwagra: czy zagram w siatkówkę odpowiedziałam: jasne (mają na mnie zdecydowanie zły wpływ: aktywno-mobilizujący) i lądowałam na różnych częściach ciała na piasku. Mieliśmy grać 2 na 2, ale akurat napatoczyli się inni potencjalni gracze i postanowiliśmy zmierzyć się z nimi. Klęska była do przewidzenia, ale przegranej z kretesem aż takim chyba nikt z nas nie przewidział. Moje krzyże wołają o pomoc przy każdym zgięciu się. Jakoś nie mogę wyjść na prostą po tych ostatnich "korzonkach".:( |